
Na początku marzył, żeby zostać pilotem i rysował samoloty (jak wielu małych chłopców). Później postanowił, że będzie krawcem. W międzyczasie był czołgistą i rysował same bitwy pod Studziankami. Tata łamał głowę – co z niego wyrośnie?, a mama mówiła często, że chyba będzie księdzem – do dziś nie wiadomo, skąd ten pomysł.
Po kilku latach znów przypomniał sobie o lotnictwie. Kiedy zbliżała się jego osiemnastka, zapowiadał się na przyszłego inżyniera maszyn rolniczych. Na trzy miesiące przed egzaminem dojrzałości stwierdził, że trzeba wreszcie zmądrzeć i zaczął uczyć się historii sztuki, bo bez tego ani rusz w takiej szkole, gdzie się rzeźbi, maluje i rysuje. Bo to właśnie lubił robić najbardziej przez całe dzieciństwo, nawet wykopał mnóstwo dołków na podwórku w poszukiwaniu gliny do rzeźbienia. Gliny nie znalazł, zresztą i tak bardziej lubił malować.
Tym sposobem znalazł się na Wydziale Wychowania Artystycznego WSP w Częstochowie (obecnie Akademia Jana Długosza), który ukończył z wyróżnieniem w pracowni prof. Jerzego Filipa Sztuki. Przypadek (pewnie kontrolowany) sprawił, że zajął się ilustracją. Został ilustratorem. Zilustrował spoooro książek dla dzieci dla wielu wydawnictw. Choć dorośli często powtarzają: ,,Co to za zawód?”, Artur Nowicki robi to, co lubi, i życzy spełnienia marzeń wszystkim!